Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sobą być. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sobą być. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 listopada 2012

My, nie-my

Dlaczego faceci udają twardzieli?

Grają, żeby się podobać, zaimponować. No ok, nie wszyscy. Niektórzy tak się po prostu zachowują, taki mają styl bycia, nie wiedząc nawet, że dla postronnych twardzielami są! A jak ich poznajesz, to albo boją się widoku krwi, albo lubią pogadać o swoich sprawach sercowych, albo marudzą gorzej niż baby. A bab nie lubimy: baba obgaduje pokątnie, namawia do złego, to hipokrytka pięknym śmiechem udająca aniołka będąc jednocześnie diabłem wcielonym, plotkara, wredna zazdrosnica wzrokiem zdejmująca z Ciebie (nawet przy ludziach!) nową bluzkę. A poza tym okropny kierowca! który nigdy innej kobiety nie wpuści przed siebie (baby w ogóle nie powinny jeździć!).

Nie lubimy! udających twardzieli gogusiów i potajemnie inne kobiety obgadujacych bab!

Dlaczego ludzie udają? Są hipokrytami z wyboru i na zawołanie? Zmieniają się w zależności od otoczenia? To sposób na życie czy taki kaprys? Dlaczego przy różnych ludziach zachowujemy się inaczej i tak naprawdę nigdy nie jesteśmy do końca sobą? Boimy się, że nasze "ja" nie zostanie polubione? Śmiejemy się z nieśmiesznych kawałów, pijemy niedobre wino do towarzystwa, jemy sushi, bo jest modne,
pijemy modną kawę i kupujemy modne ciuchy. Czy nie potrafimy już po prostu być sobą?

czwartek, 1 listopada 2012

Abre los ojos

Swoją drogą to interesujące, ile ludzie są w stanie poświęcić dla pieniędzy. Nie mogę powiedzieć, że są gotowi poświęcić.

Siedzą przy uchu dwa takie małe, czerwony i biały, i krzyczą, z których ten pierwszy głośniej: "money money money!". Jak manej to manej! Najpierw idą w odstawkę marzenia o byciu wielką gwiazdą i wieczory na wkuwanie po raz piąty zlodowacenia w okresie plejstocenu. '- Trzeba się przecież uczyć, żeby do czegoś dojść!' '-  Ale ja mam świetny głos, nie słyszysz?' '- To nieważne.'

Potem przychodzi pora na specjalizację. '- No i co wybierasz?' '- No, oczywiście to, co mi przyniesie manej! Bo przecież chcę być kimś!' To znaczy Oni chcą, a to znaczy, że ja też chcę. Oni mówią, że mam chcieć. Liczysz więc kolejne całki potrójne i czytasz o Arystotelesie. '- Bo przecież trzeba się uczyć, żeby do czegoś dojść!' '- Ale przecież ja tu się specjalizuję, po co to wszystko?' '- Nieważne.'

Potem, jak jesteś już super wyspecjalizowany po super studiach, wszystko powinno już pójść jak z płatka. Jeszcze tylko kilka wieczorów. Weekendów. Nie widujesz przyjaciół, bliskich. Nerwy. Zdrowie. Bo przecież już tyle poświęciłeś i nadal poświęcasz, że w końcu musisz do czegoś dojść! Tak przecież mówią! Poświęcasz dzieci i czas wolny. '- Ale przecież ja tu właśnie do czegoś dochodzę (bez skojarzeń ;) ), to Ci moi bliscy na pewno to rozumieją!'

'- Ale co w Twoim mniemaniu znaczy "do czegoś dojść?" Jeździć iks-piątką czy es-klasą? Mieć dwustumetrowy apartament czy hawirę w modnej dzielnicy?' '- Kwestia gustu, a o gustach się przecież nie dyskutuje.'
No więc sobie do TEGO WSZYSTKIEGO dochodzisz (cokolwiek TO jest), i latasz tą wypasioną furą slalomem w trzypasowym korku spiesząc się do świątyni spełnienia na dziewiątą ('a co, latać mi nie wolno? a co z tymi "kopertami"? jak to, ja nie jestem uprzywilejowany? przecież tyle poświęciłem dla tu-i-teraz!'). Jak te wszystkie debeściaki wracasz po 12 godzinach (jak dobrze pójdzie) i śpisz, bo rano znowu wylot na dziewiątą. Ta wspaniała willa, dla której tyle poświeciłeś i przestać nie potrafisz, jest jedną wielką spalnią, z której teleportujesz się każdego ranku do fabryki. I vice versa. Ot, cel spełniony!

Ani się obejrzysz, jak uświadomisz sobie, że Twoje dzieci są już w trakcie poświęcania wszystkiego, żeby do CZEGOŚ dojsć. Nie wiedząc właściwie do czego i dla-czego. '- Bo Oni tak chcą?' '- Nieważne.'